Opowiem Wam o dwóch spotkaniach z pewną bardzo ważną dla mnie osobą. Ponad dziesięć lat temu punkt, który jej dotyczył, znajdował się na samym szczycie mojej Listy Czternastu Życzeń na Czternaste Urodziny.
Tak, chodzi oczywiście o Justina Biebera. W 2016 roku byłam na jego koncertach w Wiedniu i w dodatku stałam pod samą sceną, licząc na to, że uda mi się go dotknąć. Nie udało się ani za pierwszym, ani za drugim razem – było bardzo dużo ludzi, wszyscy się przepychali i los mi nie sprzyjał. Tak przynajmniej wtedy sądziłam, ale zaledwie trzy dni później zmieniłam zdanie. Z Wiednia wróciłam do domu załamana, przygotowywałam się do wyjazdu na koncert do Krakowa, myśląc tylko o tym, że choć tak bardzo się starałam, to nic z tego nie wyszło.
Wtedy odezwał się do mnie znajomy. Wiedział, że bardzo mi zależy na spotkaniu z Justinem, więc postanowił pomóc. Powiedział, że wokalista przylatuje do Krakowa tuż przed koncertem i wylatuje zaraz po nim. Co więcej dodał, o której i gdzie dokładnie wyląduje swoim prywatnym samolotem. Od razu pojechałam tam z przyjaciółką. Oprócz nas na Balicach czekało zaledwie osiem osób: kilkoro dziennikarzy oraz fani tacy jak my. Było bardzo kameralnie – idealne warunki do krótkiej rozmowy z Justinem – jednak on albo nie miał czasu, albo nastroju, bo rzucił jedynie „hi!” i ruszył prosto do auta.
Tuż przy samochodzie stałam ja. Podekscytowana, że w końcu widzę go z tak bliska, oszołomiona szansą na dotknięcie go, gdy zrobiłam już w przeszłości wszystko, by to się udało, ale bez skutku. Tym razem w ogóle tego nie planowałam, po prostu znalazłam się we właściwym czasie i miejscu, więc kiedy już położył dłoń na klamce, żeby wsiąść i odjechać, po prostu dotknęłam jego ręki. To był impuls. A Justin spojrzał na mnie i tyle. Pojechał na koncert.
Nagrałam wtedy filmiki – do dziś krążą w sieci – jak cała w emocjach mówię, że dotknęłam mojej ukochanej mega gwiazdy. Nie wiedziałam jeszcze, że ten moment został uwieczniony przez jednego z dziennikarzy na zdjęciu, które wkrótce obiegło cały świat. Wszystkie fanowskie konta na Twitterze, zajmujące się publikowaniem update’ów na temat Biebera, zamieszczały informacje o jego koncercie w Polsce i dołączały właśnie tę fotografię. Robiłam sobie wtedy screeny z Twittera, czytałam mnóstwo komentarzy o treści: „what a lucky girl”.
Kiedy zaraz potem podjechałam pod Tauron Arenę, dosłownie każdy, kto stał w kolejce do wejścia na koncert, podchodził do mnie i pytał, jak było i jaki jest Justin. Wszyscy fani niesamowicie się zjednoczyli i mega to przeżywali.
Po koncercie znowu pojechałam na lotnisko – zrobiłam nawet coś, czego nigdy nie robię, czyli wyszłam przed końcem, żeby zdążyć na Balice. I znów się udało: spotkałam Justina po raz kolejny. Tym razem miał lepszy nastrój, porozmawiał nawet z dwiema osobami, ale gdy tylko ktoś zapytał go o zdjęcie, speszył się, odwrócił i na tym się skończyło.
Tamto spotkanie uświadomiło mi, że życie ma dla nas znacznie lepszy plan niż ten, który sami sobie przygotowujemy, i że naprawdę nie warto jest się poddawać, gdy coś za pierwszym razem nam się uda. A przecież wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zaledwie dwa lata później osobiście poznam Justina.
Bardzo lubię Los Angeles, mam sentyment do tego miejsca i często tam bywam. Nic dziwnego, że gdy w 2017 roku Justin odwołał trasę, bo przeżywał ciężki okres zarówno pod względem psychicznym, jak i zdrowotnym, i przeprowadził się na jakiś czas do centrum Beverly Hills, pomyślałam, że może tam na niego wpadnę.
Mieszkał wtedy w dość popularnym hotelu tuż koło słynnego Rodeo Drive, ulicy markowych butików i luksusowych sklepów. Nie była to oczywiście oficjalna informacja, ale średnio raz dziennie w sieci pojawiały się zdjęcia Justina, jak w hotelowych klapkach wychodzi z budynku albo wjeżdża na parking samochodem. Łatwo można było wywnioskować, że właśnie to jest jego obecne lokum. Jesienią byłam w Los Angeles i nieraz kręciłam się koło tego hotelu z nadzieją, że a nuż go spotkam, ale niestety – nie udało się.
Wróciłam do Polski, zaczęła się zima i wraz z nią przygotowania do mojego występu w Tańcu z Gwiazdami. Miałam napięty grafik, ale w styczniu wypadły mi trzy wolne dni i od razu pomyślałam o tym, żeby gdzieś na chwilę wyskoczyć, zrelaksować się i naładować baterie. Pomyślałam, że mogłabym wybrać się do Los Angeles. To było szalone, przyznaję –zaledwie trzy doby na tę wyprawę – i gdyby nie myśl o pewnej torebce, którą mogłam kupić jedynie na Rodeo Drive, całkiem możliwe, że jednak bym nie poleciała. Ale ostatecznie to zrobiłam. Odwiedziłam mojego kolegę, który tam mieszkał, pokręciłam się po mieście, poszłam do moich ulubionych kawiarni i w pewnym momencie znajomy zaproponował, że podwiezie mnie na Rodeo Drive na zakupy.
Była ładna pogoda, ciepło, palmy za oknem, więc postanowiłam odpalić live’a, żeby podzielić się tym słońcem z obserwującymi. Miejsce do parkowania znaleźliśmy tuż koło wspomnianego hotelu i wtedy powiedziałam do widzów, że właśnie podjeżdżamy pod miejsce, w którym podobno mieszka Justin Bieber. Na livie zawrzało, ludzie bardzo chcieli go zobaczyć, więc podeszłam z telefonem bliżej. Gadałam do ekranu i nagle usłyszałam, jak kolega mówi: „Ej, to jest Justin”. Wkręca mnie, pomyślałam sobie, ale zerknęłam w tamtą stronę i zrobiłam wielkie oczy. Ludzie na livie pytali w komentarzach, co się dzieje, a ja zaaferowana patrzyłam na gościa stojącego tyłem kilkanaście metrów od nas. Sylwetka się zgadzała, outfit też, bo miał na sobie hotelowe klapki, a na łydce charakterystyczny tatuaż: twarz Jezusa. Nie chciało mi się wierzyć w to, co widzę – to był on! Poprosiłam kolegę, żeby wziął od mnie telefon i wyłączył live’a, na którym już zrobiło się gorąco od komentarzy: „littlemonster zaraz spotka Justina!”.
Kiedy chwilę później Bieber w towarzystwie ochroniarza ruszył na miasto, bez wahania poszliśmy za nim, a gdy kawałek dalej wszedł do jakiegoś budynku, postanowiliśmy grzecznie przed nim poczekać. Nie miałam pojęcia, jak długo będzie tam siedział, i czy przypadkiem nie wyjdzie innym wyjściem. W głowie roiło mi się od różnych scenariuszy i kiedy już prawie straciłam nadzieję, Justin się pojawił.
Tym razem ruszyliśmy z kolegą pierwsi – zawróciliśmy w stronę hotelu, licząc na to, że tam uda się nam do niego zagadać. I wyobraźcie sobie, że szliśmy tak najpierw my – ja podekscytowana i zarazem nieco zestresowana, bo wiedziałam, że dla niego to był trudny czas, nie miał ochoty na pogawędki z ludźmi i równie dobrze mógł na nas fuknąć, gdybyśmy go zaczepili – a on kilka metrów za nami. Wiedziałam to, bo cały czas słyszałam szuranie jego klapków. Ludzie, którzy nas mijali, robili na jego widok wielkie oczy, zaczepiali go, uśmiechali się do niego, a ja twardo szłam dalej i bałam się nawet obejrzeć. Zbliżaliśmy się do hotelu, chodnik się rozwidlał, my poszliśmy w lewo, a on… w prawo. O nie! Było tak blisko, miałam go dosłownie na wyciągnięcie ręki i… nic z tego.
Załamałam się, ale wtedy mój kolega po prostu zawołał: „Justin!”. A on przystanął, odwrócił się do nas i spytał: „What’s up?”. Kolega zapytał, czy pamięta, jak z miesiąc wcześniej grał w piłkę z kilkoma chłopkami na jakimś randomowym boisku, a Justin na to, że tak, doskonale pamięta. Przejeżdżał właśnie autem, zobaczył gości grających w piłkę i zapytał, czy może dołączyć. To byli znajomi mojego kolegi. Kiedy Justin o tym usłyszał, zrozumiał, że nie jesteśmy kolejnymi szalonymi fanami, tylko zwykłymi ludźmi, więc się przed nami otworzył. I tak właśnie zaczęliśmy rozmawiać. Trwało to może dwie minuty, króciutko, ale pamiętam każdą sekundę i każde słowo, jakie wówczas padło. Spytał nas, co robimy w okolicy, więc zgodnie z prawdą powiedzieliśmy, że wpadliśmy na zakupy. To znaczy mówił głównie mój kolega, bo ja byłam tak zestresowana, że ledwo mogłam wydusić z siebie słowo. Na sam koniec wyciągnął rękę, „I’m Justin, by the way” rzucił z uśmiechem. My też mu się przedstawiliśmy, a potem pożyczyliśmy sobie nawzajem miłego popołudnia.
Co to był za dzień! Jeden z najważniejszych w moim życiu! Wymarzone spotkanie z Justinem, zupełnie przypadkowe, w dodatku nie odbyło się przy okazji koncertu, a ja osobiście go poznałam. Byłam wniebowzięta. Nagrałam filmik i pełna entuzjazmu, wciąż zszokowana opowiedziałam widzom o wszystkim, żeby pokazać im, że naprawdę warto marzyć i nigdy się nie poddawać, bo czasami los potrafi nas tak cudownie zaskoczyć.
Niestety skończyło się, jak się skończyło. Portale plotkarskie pisały, że skoro nie mam żadnych zdjęć z tego spotkania, to wszystko sobie wymyśliłam dla lepszych zasięgów. Ludzie momentalnie podzielili się na tych, którzy cieszyli się razem ze mną, i na tych, którzy zarzucali mi kłamstwo. Cóż, nie było to zbyt przyjemne, ale najważniejsze, że tamtego dnia w Beverly Hills uścisnęłam dłoń Justina Biebera. I tego wspomnienia nikt nigdy mi nie odbierze.